![]() Zapraszamy wszystkich tworzących poezję, teksty piosenek, prozę, felietony, polemiki, eseje lub formy publicystyczne na tematy bieżące jak również nie związane z rzeczywistością, do podzielenia się nimi na stronach KWPI-ART.Prosimy o przesyłanie na skrzynkę poczty elektronicznej >>>tu wyślij teksty<<< prac firmowanych czy to prawdziwymi danymi osobowymi czy pseudonimem artystycznym. Umieścimy je w naszym serwisie ...
Nie pisz tylko do szuflady - daj pozanć Twój talent i przemyślenia innym...
Pozdrawiamy i zapraszamy. >>> Koronowska Witryna Prawniczo Informacyjna. |
|
ZNANI KORONOWIANIE: ![]() # Stanisław Brzęczkowski (27.09.1897 – 04.10.1955) - był synem Wilhelma i Klary, jedynym chłopcem z sześciorga rodzeństwa. Artysta grafik, antykwariusz, nauczyciel i współtwórca Liceum Plastycznego w Bydgoszcz. Autor wielu drzeworytów, akwafort, litografii i miedziorytów, które prezentował m.in. w Monachium , Hamburgu czy Ottawie. Organizator przemysłu poligraficznego w Bydgoszczy. Redaktor naczelny czasopisma “Poligrafia”. (Cmentarz Nowofarny, Bydgoszcz, ul. Artyleryjska 10) # Józef Bronikowski (1851 – 24.04.1924) - inżynier hydrotechnik, pionier odbudowy dróg wodnych w 1920r. na Pomorzu i Kujawach. Od 1918 r. w Bydgoszczy. Inspektor Dróg Wodnych .Kierował pracami przy budowie nowego odcinka kanału bydgoskiego i śluz do ul. J. Bronikowskiego. Działacz społeczny i niepodległościowy. (Cmentarz Nowofarny, Bydgoszcz, ul. Artyleryjska 10) # Franciszek Karol Kiedrowski (02.03.1872 – 02.01.1923) - drukarz i księgarz. Prowadził księgarnie polską przy ul. Długiej 49 w Bydgoszczy. Członek wielu towarzystw polskich min.: Zarządu Towarzystwa Przemysłowego, Chóru “Halka”. Radny miejski w latach 1920 – 1923. W jego drukarniach tłoczono polskie ulotki wymierzone przeciwko Niemcom. W okresie zaborów wraz z Emilem Warmińskim organizował "Dom Polski".(Cmentarz Nowofarny, Bydgoszcz, ul. Artyleryjska 10) | ROZWÓJ PRZESTRZENNY Zgodnie z założeniami Strategii Rozwoju Gminy do 2015 roku, władze postawiły na wolną przestrzeń. W związku z tym postanowiono przenieść dworzec kolejowy w inne miejsce, robiąc tym samym wolną przestrzeń w centrum Miasteczka. Niestety, podczas przenosin dworzec rozsypał się na kawałki, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo wolnej przestrzeni zrobiło się więcej niż zakładano. To sprawiło, że władze naszej gminy zdobyły wyróżnienie na powiatowym konkursie promującym wolną przestrzeń. Podbudowana tym wyróżnieniem gmina jeszcze raźniej zabrała się do powiększania wolnej przestrzeni. Postanowiono przenieść na peryferia sklep wielobranżowo-samoobsługowy, tak by mieszkańcy centrum mieli więcej wolnej przestrzeni, ale zaprotestowali mieszkańcy peryferii, którzy także chcieli mieć więcej wolnej przestrzeni. Władze wyszły z tego obronną ręką wysyłając sklep wielobranżowo-samoobsługowy z naszym konwojem do Iraku. To posunięcie sprawiło, że nasza gmina otrzymała wyróżnienie w regionalnym konkursie promującym wolną przestrzeń. Nagrodę pieniężną postanowiono przeznaczyć na dalsze rozwijanie wolnej przestrzeni. Gminne referendum zdecydowało, że tym razem wolna przestrzeń zajmie miejsce kościoła. Kościół zajmował dużo wolnej przestrzeni, więc nic dziwnego, że taki a nie inny był gminny vox populi. Z kościołem były mały kłopot, bo nie chciał oderwać się od fundamentów, ale ich podmycie odpowiednio skorygowanym nurtem pobliskiej rzeki pomogło: kościół uniósł się na falach i spłynął. Jednak zamiast osiąść na mieliźnie, jak przewidywały obliczenia gminnych inżynierów, kościół spłynął do morza, czyniąc tym więcej wolnej przestrzeni. To osiągnięcie przyniosło naszej gminie wyróżnienie na ogólnopolskim konkursie promującym wolną przestrzeń. Grant finansowy uzyskany w owym konkursie pozwolił na realizację jeszcze bardziej ambitnych planów. Władze gminy, w porozumieniu z przedstawicielami środowisk lokalnych, postanowiły przenieść za jednym zamachem komisariat, ośrodek zdrowia i więzienie. Ta skomplikowana operacja logistyczna zakończyła się pełnym sukcesem: komisariat przeniesiono przy wydajnej pomocy miejscowego półświatka, ośrodek zdrowia wzięły jako odprawę protestujące pielęgniarki, zaś więzienie nieco się opierało, może dlatego, że było to ciężkie więzienie. Ale stało się lżejsze, kiedy rząd, wychodząc naprzeciw aspiracjom samorządów lokalnych, ogłosił amnestię z okazji przyjęcia Polski do Europy. Ten niebywały sukces w dziedzinie promocji wolnej przestrzeni przyniósł gminie wyróżnienie na europejskim konkursie promocji wolnej przestrzeni. A że kończyła się kadencja, władze gminy pomyślały, że dobrze by było zwieńczyć ją czymś naprawdę spektakularnym. Środki finansowe uzyskane dzięki temu wyróżnieniu pozwoliły na znakomite zwiększenie areału wolnej przestrzeni w naszej gminie. Postanowiono bowiem przenieść resztę Miasteczka, tak by problem niedoboru wolnej przestrzeni rozwiązać ostatecznie. Aby uspokoić ewentualnych malkontentów władze zgodziły się na symboliczne odgrodzenie wolnej przestrzeni po Miasteczku od pozostałej, także żywiołowo rozwijającej się wolnej przestrzeni. Domy, które przeniesiono, okazały się za duże jak na normy określające parametry wolnej przestrzeni, więc ustalono, że zostaną one dodatkowo rozniesione w drobny mak. W ten sposób założenia Strategii Rozwoju Gminy do 2015 roku zostały osiągnięte z dużym wyprzedzeniem, dzięki czemu władze naszej gminy zostały zasłużenie wybrane na następną kadencję. Nowa Strategia Rozwoju Gminy do 2030 roku zakłada zastąpienie wolnej przestrzeni przestrzenią jeszcze bardziej wolną, dzięki systematycznemu wspieraniu procesów pustynnienia. Ewentualne efekty fatamorgany mają być wykorzystane jako element promocyjny. SĄSIAD Wyjrzał przez okno. Sąsiad siedział na ogrodowym krześle i skubał gołębia. Na ogrodowym stoliku leżał rząd nagich ptaków. Robocie przyglądała się mała córka sąsiada. "W ten sposób przejdzie do historii, choćby do mojej małej historii". Stracił zainteresowanie sąsiadem. Wrócił do siebie. U siebie był, ale czuł się nieswojo. Jak gdyby w dworcowej poczekalni, obserwowany, choć przecież równie dobrze mógł sam oddać się obserwacji, uciekając od bycia obserwowanym. Jak gdyby czekał, ale rozkład jazdy był zamazany, a głos z megafonu jak zwykle niezrozumiały. Wyjrzał więc znowu. Sąsiada nie było, jego córki i gołębi też. "Pewnie wrzucili je do zamrażarki". Znowu wrócił do siebie. U siebie był, ale tak jakby był tam niewłaściwie, było mu tam niewygodnie. Nie tyle ciasno, bo pokój nawet obszerny i umeblowany raczej racjonalnie. Ale właśnie niewygodnie. "Może by tak posprzątać? Ale od sprzątania jest sobota, a tu nawet jeszcze czwartku nie ma". Dlaczego było mu nieswojo, niewygodnie, niewyraźnie dlaczego mu tutaj było? Wyjrzał. Sąsiad! Szarpał coś. Sąsiad był w rozpiętej koszuli, krótkich gaciach i klapkach. Sąsiad był czymś zajęty. Sąsiad zawsze miał coś do roboty. Godne pozazdroszczenia. Ale za to on mógł patrzeć sobie na sąsiada. Teraz sąsiad coś robił. Gołębie? Nie, jakby królik. Sąsiad zdejmował skórę z królika. Na podwórzu sąsiada było sporo klatek i zagród, mieszczących zwierzęta, "te co skaczą i fruwają". "Dzisiaj życie już oddają". Czwartek był kiedy indziej, sobota to też nie była. Nawet nie niedziela, bo ulica była za ruchliwa jak na niedzielę. Miał więc do wyboru cztery dni tygodnia, w których mógł siebie umieścić. Był - dajmy na to - poniedziałek. Dobrze, może być poniedziałek. Tylko czy był to właściwy poniedziałek? Wydawało mu się, że podobny dzień już mu się przytrafił, więc może był to tamten poniedziałek, a nie ten? "Pseudorozważania. Szkoda na nie czasu. A dlaczego szkoda? Tracić tego skurwysyna! Bić i zabić!" Sąsiad nie pojawiał się dłuższy czas. "Czyżbym czekał na sąsiada? Upadłem tak, że czekam na jego objawienia się tam, na dole, na ciasnym podwórku?" Sąsiada nie było. Ale miał to do siebie, że zawsze po tym jak go nie było, to był. I był. Odwrócony tyłem, robił coś na ogrodowym stoliku. Hola, hola! A gdzie pies? Klatka psa nie zawiera. W klatce nie było psa. "Hej, sąsiedzie, czyżbyś tam, na ogrodowym stoliku, psa swego oprawiał? Hej, nie będzie ci on już stróżem domostwa, obrońcą twych dziatek, pogromcą kotów i nocnej ciszy". Widocznie pot zrosił czoło sąsiada, bo sąsiad otarł je lewym przedramieniem, bacząc, by nie zabrudzić się krwią, w której unurzane miał ręce. Po czym zniknął, zostawiając stolik z krwawym rozmazem. "Następna powinna być córka sąsiada. Sąsiad zdejmie z niej skórę, a potem umieści w zamrażarce, z gołębiami, królikiem i psem. Byłoby to zgodne z prawem serii i prawem tego dnia bez nazwy, prawem, którego jestem dawcą". Im bardziej nie odchodził od okna, tym bardziej sąsiad się nie pojawiał. A im bardziej od okna odchodził, tym bardziej sąsiad mógł się pojawić. Cisza panowała przeklęto-zaklęta. Okolica powlekła się delikatną mleczną mgiełką. Niebo zaszło bielmem. Po suficie majestatycznie sunął pająk. Okoliczności te jednak nie wiązały się w splot mogący być Znakiem. Niebo swoją drogą, pająk swoją, były osobne, nie wiedzące o sobie nic. Świat jakby rozłaził się, coś jednak sprawiało, że istniał nadal, choć w jakimś byciu niepełnym, niewyraźnym i uwierającym... "Kiedy pająk dotrze do końca sufitu, wyjrzę prze okno. Wtedy zobaczę to, co mam zobaczyć". Ale pająk stanął, a potem obojętnie zawrócił, i znowu przemierzał białą równinę bez końca i początku. A on bez zaczepienia, punktu odniesienia był w tym pokoju zawieszonym. "Gdy teraz podejdę do okna, nic się nie stanie, po prostu podejdę i spojrzę". Coś jakby, nie tylko ten pokój, wisiało. W powietrzu, w podłodze, ścianach, suficie, wisiało i nie chciało upaść, zerwać z wiszeniem. "Nie chciało", ale czy mogło nie chcieć? Wyjął z szafy adapter, nastawił płytę, starą jak adapter. "Gdy wstępowaliśmy na schody, aby miękko było ci iśść, kładłem pod twoje stopy poduszki dłoni - deklamował nienaganną dykcją męski głos. - Za poręcz miałaś moje ramiona. Mówiłaś: "kocham" i stawało się okno prosto w słońce. Teraz krzyczę: "kocham!" i wschodzi słońce bez promieni" - zawodził skrzekliwie i analogowo. Cień jakby wspomnienia okrył mu czoło, objął mu głowę jakąś obręczą i zaciskał ją. I szlafrok wiszący na haku wystającym z kaflowego pieca wydał mu się jego własną śmiercią, którą tam powiesił, żeby kiedyś jej użyć. "A co też on robi, ten sąsiad? Co on tam sobie kombinuje w tej swojej łepetynie rozczochranej? Nie dowiem się, póki nie spojrzę". Płyta przestała się kręcić, na suficie pająk znieruchomiał. Było jak gdyby na starcie, w blokach startowych naprężenie ścięgien, i było też jak gdyby starter pobiegł, a zawodnicy zostali w blokach, sparaliżowani napięciem. "Czy siebie nie będąc pewnym i słów swoich, i czynów, czy można pochłaniać powietrze, wodę i pokarmy?" Kurczył się w tym pokoju, nikczemniał bez sąsiada swego. Dopiero kiedy słońce skłoniło się już przed nadchodzącą Panią Nocą, za oknem coś nastąpiło. To sąsiad krwawy i znużony, ogrodowe meble składał, podwórko sprzątał po przepracowanym uczciwie dniu. - Żeby sobie nóg nie połamała moja martwa trzódka, kiedy przybiegnie po księżycowej ścieżce - zawołał do uchylonego okna sąsiedniego domu, który właśnie zaczynał wzbijać się, znikać. Na sznurze wisząca dziewczęca sukienka czerwona była i jeszcze parująca. ZA DŁUGIE SPOJRZENIE Powinienem był mu o tym powiedzieć, to może by żył, ale nigdy nie dawał się upilnować, wieczorami wychodził z domu i modliłem się, żeby nie wdepnął w kłopoty, a dla świętego spokoju wychodziłem z nim. Przyjechał, bo jak mówił, zakochał się w tutejszym krajobrazie. U nas płasko, krowy, wiatraki i sztuczne nawozy, a u was jak w bajce, mówił jakby był ślepy. Ale wzrok miał bardzo dobry, widział to czego ja nie dostrzegłbym nigdy, gdyby nie on. Ciągle pytał dlaczego u nas wszyscy tacy smutni, a ja stawiałem mu kolejne piwo. Gdybym mu o tym powiedział, może by żył, ale najpewniej tylko by się uśmiechnął i pokazał dwa rzędy tych swoich zajebiście białych zębów. Zbliżał się dzień jego odjazdu i zabrałem go do miasta, żeby zdążył kupić w cepelii kryształy i ikonę dla starych zanim przepije wszystkie pieniądze. Może gdybym mu o tym powiedział, może nie spojrzałby na tamtego gnoja w dresie opartego o granatową beemę na szerokich laczach. Może by się do niego nie uśmiechnął, nie pokazał tych swoich pieprzonych białych ząbków. Tamten gnój cały składał się z mięśni i był chyba jeszcze na koksie, bo spojrzał na tego uśmiechniętego durnia i wycedził co się tak gapisz pedale? Ale on nie zrozumiał więc poprosił żebym przetłumaczył, a ja błagałem go spadajmy stąd. Wtedy gnój w dresie podszedł do niego i powiedział, że jak jest w Polsce to ma mówić po polsku i popchnął go tak dla żartów, bo chyba jeszcze był na koksie, a ten nic nie rozumiejący dureń, cały czas jeszcze uśmiechnięty upadł tak pechowo, że uderzył tyłem głowy o żeliwny słup trakcji tramwajowej. Stracił przytomność, a potem wrócił do swojego nudnego płaskiego kraju w metalowej skrzyni, a razem z nim wysłano ikonę i kryształy, pamiątki z gościnnej i pięknej Polski. Powinienem był mu powiedzieć, żeby się tak nie gapił. UŚMIECH AGNIESZKI Każdy chciał mieć Agnieszkę. Agnieszka była zupełnie inna niż wszystkie dziewczyny w naszym biurze. Malowała tylko rzęsy i nosiła szare swetry, i była najładniejsza. Lubiła się śmiać, śmiała się bezinteresownie i czasem częstowała mnie czekoladowymi cukierkami, a ja dzieliłem się z nią drugim śniadaniem. Agnieszka nie rozmawiała o ciuchach i knajpach, a kiedy już próbowała zaczynać, delikatnie kierowałem rozmowę na tematy bardziej istotne. Przywoził ją i odbierał z biura sympatyczny blondyn, z którym Agnieszka bardzo się nudziła i z którym nie umiała skończyć. Jego rodzice mieli fabrykę zabawek i działkę nad jeziorem, i blondyn spędzał tam z Agnieszką prawie każdy weekend. Wielu moich kolegów próbowało przekonać Agnieszkę, żeby poszła z nimi do kina albo na wino, ale Agnieszka niezmiennie odpowiadała, że musi być lojalna i uśmiechała się przy tym ślicznie. Raz tylko udało mi się namówić ją by rozpuściła dla mnie warkocz złocistych włosów. Tak? - zapytała pokazując mi się z długimi puszystymi kosmykami opadającymi na plecy, a wtedy podszedłem do niej i ułożyłem jej włosy wedle mojego uznania - opuszczając dwa pasemka po obu stronach jej buzi, tak że wyglądała jeszcze bardziej niewinnie niż zwykle. Po chwili, tak od niechcenia, powiedziałem, że pokazałbym jej swoją kolekcję nocnych motyli i posłuchalibyśmy razem piosenek Demisa Roussosa. Jestem pewny, że pierwsze co pomyślała to było �dobrze�, ale powiedziała, że musi ze swoim chłopcem pomalować szafę. Raz przyszła do biura i się nie uśmiechała, a kiedy jak zwykle poprosiłem żebyśmy wyszli razem, zgodziła się. Szła i nic nie mówiła, a kiedy doszliśmy do przystanku jej autobusu, powiedziała chodźmy do mnie, ale już w autobusie rozmyśliła się, bo u niej był remont i wysiedliśmy. Zgodziła się wstąpić do baru na martini, bo lubiła martini, a kiedy wyszliśmy było już ciemno i ona ciągle się śmiała. Mam pomysł - powiedziała pokazując mi klucz i zaciągnęła mnie na przystanek, skąd podmiejski autobus zawiózł nas do działki nad jeziorem. W domku było zimno, a grzejnik po chwili się przepalił. Ciągle się śmiała, ale kiedy już leżeliśmy pod kocem, zaczęła płakać i nie mogłem jej uspokoić nawet łaskotaniem w stopy. A kiedy już ją miałem powiedziała, że w marynarce blondyna znalazła list intymny do jej najlepszej przyjaciółki i że musiała się jakoś zemścić. Potem Agnieszka już tak często i bezinteresownie się nie śmiała, zaczęła używać ostrego makijażu i nosić plastikowe kurtki. Ścięła złociste długie włosy i pofarbowała głowę na żółto. W każdy piątek chodziła z koleżankami z biura na duże zakupy do hipermarketu. W końcu wyszła za blondyna, a my przestaliśmy o niej marzyć. Autor powyższych tekstów to: Jarosław Jakubowski urodzony w 1974 roku w Bydgoszczy, ale od urodzenia mieszkający w Koronowie. Skończył politologię na Uniwersytecie Gdańskim, obecnie pracujący w "Expressie Bydgoskim" jako dziennikarz działu miejskiego. Wydał cztery tomiki wierszy: "Wada wymowy" (1996), "Kamyki" (1998), "Marta" (2001) i "Wyznania ulicznego sprzedawcy owoców" (2003). Był stypendystą prezydenta miasta Bydgoszczy (2002), uczestniczył w największym w kraju festiwalu literackim Port Legnica 2002, ostatnio za książkę "Wyznania..." zdobył wyróżnienie w konkursie na Bydgoską Książkę Roku. W "Expressie" prowadzi stronę literacką pt. "Expressem na afisz". Wkrótce zapraszamy na kolejną garść twórczości. Pozdrawiam Sławomir Obrzezgiewicz, niedziela, 18 lipca 2004r. |
© Copyright
by Sławomir Obrzezgiewicz
Koronowo 2001